Samurajów już nie ma - o sporze zbiorowym w SumiRiko Poland w Wolbromiu

Atmosfera się zagęszcza. Trwa spór zbiorowy z pracodawcą. Jesteśmy jak Stany Zjednoczone z Iranem – zawieszamy rozmowy dyplomatyczne. Niech wreszcie ludzie wezmą swoje życie w swoje ręce i wrzucą kartkę do urny, która jest już przygotowana – mówią szefowie „Solidarności” w SumiRiko Poland Sp. z o.o. w Wolbromiu.

Przyjechali do Zarządu Regionu na konsultacje wprost z nocnej zmiany w SumiRiko* w Wolbromiu, umówiliśmy się, że pogadamy o sytuacji w zakładzie. W oczach widać zmęczenie, ożywiają się, kiedy zaczynają opowiadać o ostatnich wydarzeniach w pracy – Mariusz Buława przewodniczący Organizacji Międzyzakładowej NSZZ „Solidarność” przy SumiRiko Poland Sp. z o.o. w Wolbromiu i jego zastępca Sławek Probierz.

– Wróble w Wolbromiu ćwierkają, że jesteście na barykadach – żartuję. – Jeszcze nie – śmieje się Mariusz – jeszcze nie strajkujemy – dodaje.

– Jesteśmy w sporze zbiorowym z pracodawcą. Skończyliśmy rokowania i jesteśmy w mediacjach – mówi Sławek – Do strajku jeszcze nam trochę brakuje, ale nie wykluczamy, że w najbliższym czasie do niego dojdzie. Jak przyjdzie czas, pokażemy, że jesteśmy solidarni i związkowcy i pracownicy spoza związku. Solidarni w kwestii podniesienia zarobków i wreszcie godnego wynagrodzenia.

Czy jest jakaś szansa, żebyście się dogadali z pracodawcą? – pytam ich.

– Nie – mówi stanowczo Mariusz.
– Jesteśmy jak Stany Zjednoczone z Iranem – zawieszamy rozmowy dyplomatyczne. Niech wreszcie ludzie wezmą swoje życie w swoje ręce i wrzucą kartkę do urny, która jest już przygotowana.

– Jesteśmy na etapie podpisywania protokołu rozbieżności – tłumaczy Sławek. – Pewnie to jeszcze trochę potrwa. Wtedy wejdą mediatorzy i myślę, że wystawimy urnę, w celu przeprowadzenia przedstrajkowego referendum.

– Jeśli nic się nie ruszy, weźmiemy pierwszy możliwy termin i zrobimy referendum strajkowe – dodaje Mariusz.

Spór zbiorowy dotyczy podniesienia wynagrodzeń. Podniesienia płacy zasadniczej o 500 zł brutto pracownikom zajmującym stanowiska produkcyjne w SumiRiko z wyrównaniem od 1 kwietnia 2018 r., wprowadzenia do regulaminu dodatku za pracę w okresie ciepłym (od 1 kwietnia do 30 września) 0,50 gr do każdej przepracowanej w tym czasie godziny, oraz wprowadzenia do regulaminu wynagradzania dodatku stażowego.

– Czy wasze żądania są wygórowane? – pytam ich.

– Nasze żądania nie są wygórowane, ale też nie są małe – odpowiada Mariusz. – To 500 zł brutto dla pracownika produkcyjnego, bo tam mamy największy problem kadrowy. Wiadomo, są to negocjacje, ale mieliśmy nadzieję że obie strony pójdą na jakieś ustępstwa, okazało się jednak że nie ma o tym mowy. Nagle okazało się, że w biurach też są problemy kadrowe i kierownikom trzeba dać te 500 zł, a dla nas, czyli plebsu wystarczy 150 zł.

– Czyli złotówka brutto do godziny dla operatorów pracujących powyżej 10 lat – tyle zaproponował nam pracodawca. My chcieliśmy w granicach 3 złotych dla wszystkich, czyli po 500 zł brutto bez względu na zajmowane stanowisko. Nie szeregujemy ludzi – dodaje Sławek.

Pytam Mariusza dlaczego właśnie teraz rozpoczęli spór. – My mamy rok rozliczeniowy od kwietnia do kwietnia, więc w tym okresie możemy negocjować, to jest o tyle trudna sytuacja, bo budżet jest spinany w Japonii i my przystępując do negocjacji nie znamy zysków jeszcze z tego roku. Więc mówią nam, że mamy straty w tym roku, a potem okazuje się, że aktywa trwałe firmy, maszyny, urządzenia urosły w latach 2016, 2017 do 17 milionów – wyjaśnia. – Mówią: są straty a kupują maszyny, stawiają nowe hale produkcyjne, stołówki itd. To pięknie wygląda w panoramie Wolbromia, ale tu nie o to chodzi przecież – twierdzi Sławek. – Rynek pracy się zmienia, to widać – dziś pracodawca musi zabiegać o pracownika, a u nas? My też wychodzimy naprzeciw tym wyzwaniom i też dbamy o dobro naszego pracodawcy. Dajmy ludziom zarobić, podnieśmy pensje żeby nie uciekali od nas, żeby chcieli u nas pracować. Wtedy nie będzie takiej rotacji, bo naprawdę brakuje ludzi do pracy u nas – mówi z troską i zaraz dodaje: w tym roku jest jeszcze gorzej – Agencja pracy tymczasowej, pracownicy z Ukrainy – wymienia. – No nie idzie to w parze z tym, co wypracowaliśmy przez 18 lat istnienia firmy. Nie liczy się jakość, nie umniejszając tym ludziom, to w rezultacie szkodzi pracodawcy.

Według Mariusza wygląda na to, że ich pracodawca nie liczy się z fachowcami z długim stażem pracy. Doświadczony operator z długim stażem pracujący 168 godz. w miesiącu, w trzyzmianowym systemie z dodatkiem nocnym zarabia 2500 netto. Ludzie zwalniają się i szukają nowej, lepiej płatnej pracy, o ile nie są uwiązani kredytami.

– Nikt nie chce u nas dostać pieniędzy za darmo, człowiek idzie do pracy, chce rzetelnie przepracować i dostać godziwe wynagrodzenie za swoją ciężką pracę. A nasza praca jest nie jest lekka – dodaje Mariusz – to wiedzą wszyscy wokół. Niejednokrotnie ludzie mają problem, żeby odejść ze stanowiska pracy do toalety, czy napić się wody w 45–stopniowym upale przy maszynie. Patrz, XXI wiek, Europa a my jak nie przymierzając w Bangladeszu, gdzie setki ludzi stłoczonych na piętrze szyje ubrania dla sieciówek.

Nie boją się ciężkiej pracy. Bo jak sami mówią, gdyby się jej bali, to nie byłoby ich tam już. Pracują w niesprzyjających zdrowiu warunkach, kancerogennych, z wysoką temperaturą w dymach, pyłach (wulkanizowana guma z klejami, czy proces spawania nie należą do najzdrowszych).

– Pani dyrektor wciąż powtarza, że jesteśmy konkurencyjni na rynku lokalnym, jeśli chodzi o zarobki, ale my słyszymy od ludzi z firm wokoło, że to nie prawda, bo u nich właśnie podnoszą zarobki, żeby nie tracić wykwalifikowanych pracowników. Nowego pracownika trzeba znaleźć, wysłać na badania, ubrać, wyposażyć, wyszkolić i wdrożyć, a to naprawdę duże koszty. Opinia o naszym zakładzie pracy jest fatalna i urągająca temu, na co pracowaliśmy tyle lat – irytuje się Sławek.

– Wiesz, to jest taka sztuczna stabilizacja – dorzuca Mariusz. – Dla większości ludzi jest to pierwsza praca w życiu. Ktoś im dał pozorne poczucie stabilności, umowę na czas nieokreślony (co się wcześniej nie zdarzało) i ludzie myślą, że złapali Pana Boga za nogi. Biorą więc kredyty, a pracodawca ma z nich potem niewolników, bo są zadłużeni na wiele lat i boją się, żeby ich nie zwolnili, ale też boją się zaryzykować zmianę pracy. A pracodawca potem mówi: „fluktuacja osób z dużym stażem pracy jest bardzo niska”. No niska, bo wszyscy się boją, a pracodawca na tym bazuje.
A pracodawca w Polsce woli przywieźć Ukraińców, bo taniej będzie, nie będą się odzywać, ale pewnie im się to kiedyś czkawką odbije.

– W zeszły piątek zawieźliśmy protokół rozbieżności – relacjonuje Sławek. – Chcieliśmy skończyć rokowania i przejść do mediacji, a tu prezes z panią dyrektor uciekli od stołu, żeby nie podpisywać protokołu. Powiedzieli tylko, że do nas zadzwonią, ale nie było już z kim rozmawiać. Kilka godzin później organizują spotkania z pracownikami i wręczają im aneksy.

Jak tylko dowiedzieli się o tym, od razu przyjechali do firmy. Okazało się, że dyrekcja robi zebranie z każdym z działów, w trakcie których informuje pracowników o tym, że daje podwyżki, ale nie robi tego przez związki, bo te będą wszystko przeciągać.

– Nie skończyliśmy rozmów, a pracodawca zaczął dystrybuować aneksy do umów z kontrpropozycją, która wyszła od niego. My proponowaliśmy 500 zł a on 160 zł. Propaganda poszła w ruch – opowiada Mariusz. – Ludzi do podpisywania aneksów, wzywali do pomieszczeń gdzie były zaklejone okna, jednymi drzwiami wchodzili, drugimi wychodzili, jak na przesłuchaniach. Ktoś wpadł na pomysł, żeby pozaklejać okna, żeby ludzie się nie widzieli, jak w katowni UB – mówi z irytacją. – Dyrekcja oznajmiła, że to przez to, że wywieramy nacisk na ludzi, żeby nie podpisywali.

Nie mogli zrobić dokumentacji zdjęciowej z tego miejsca, bo nie mogą wnosić na teren hali prywatnych telefonów ani robić zdjęć. Ale im robiono zdjęcia. Byli obecni na zebraniach, widzieli zakłopotanie i zdenerwowanie prowadzącej je dyrektorki. Mieli trochę czasu między zebraniami, kolejne miało rozpocząć się wraz z trzecią zmianą o godz. 22. Stali z ludźmi w palarni i rozmawialiśmy, wtedy „prawa ręka pani dyrektor” wyskoczył z aparatem i rzucił do nich: panowie uśmiech. I zrobił im zdjęcia. W jakim celu? Do tej pory nie wiedzą.

– Cala ta sytuacja z nadgodzinami, z tym zrywem odbiła się na Sławku, moim zastępcy i Pawle, szeregowym członku związku. Zostali zawieszeni w pracy na kilka dni.

– Na jakiej podstawie was zawiesili? – dopytuję Sławka.

– Padł argument, że rzekomo podżegaliśmy ludzi do niebrania nadgodzin, tym samym działając na szkodę firmy. Tak odmówiliśmy – oznajmia Sławek – ponieważ przełożeni zaskoczyli nas żądaniem nadgodzin, informując o tym godzinę przed zakończeniem naszej pracy. Była to reakcja za branie udziału w sporze zbiorowym, przecież gdzieś musieli przyłożyć. Dzięki interwencji Regionu odwiesili nas. I tu duży ukłon w jego stronę, a szczególnie przewodniczącego ZR Wojciech Grzeszka i jego zastępcy Anny Skólskiej oraz prawnika – Witolda Witkowskiego – dodaje Mariusz.

– Mogłyby dziwić takie praktyki w japońskiej firmie, przecież ten naród cechuje wielowiekowa piękna kultura. Wiemy też, że w Japonii są związki zawodowe, które prężnie działają – tym bardziej praktyki stosowane w naszej firmie są niezrozumiałe. Pracodawca posuwa się do zawieszenia członków związku w tym zastępcę przewodniczącego, którzy walczą o ludzi. Mamy taki narzędzie jak Compliance** i zostaliśmy zgłoszeni przez polską dyrekcję do Japonii jako „działający na szkodę firmy”. Ale to przecież oni działają na jej szkodę – mówi Sławek.

– Samurajów już nie ma – kwituje Mariusz. I zaraz dodaje: Teraz już nie ma półśrodków. Jesteśmy w sporze zbiorowym z pracodawcą. Będą manifestacje pod bramą zakładu. Oni dbają o PR – najlepszy pracodawca w Małopolsce, itd., a to jest niezgodne z prawdą. Czas ruszyć tyłki na wyższych szczeblach i zacząć prace nad porządną ustawą o związkach zawodowych, żeby dać narzędzia ludziom na samym dole, żeby mogli budować ten związek a nie siedzieć i mieć związane ręce albo czekać i reagować dopiero, jak jest już bardzo źle.

– Mam napisać o ruszaniu tyłków? – pytam Mariusza, ale wiem co mi odpowie.

– Pisz – słyszę. Bo to zwykli związkowcy, muszą załatwiać wszystko, narażać się w zakładach pracy i ponosić tego konsekwencje i nastawiać karku za innych. A potem są na straconej pozycji. Trzeba nam nowej ustawy żeby, związki rosły w siłę i miały znaczenie. Żebyśmy nie musieli słyszeć: po co mam należeć do związku i jeszcze płacić składki skoro oni – związkowcy wszystko za mnie załatwią: podwyżki, regulaminy, warunki pracy. Jeśli nie będziemy mieć odpowiednich narzędzi, to wkrótce nie będziemy mieć związkowców.

Agnieszka Masłowska

(fot. Google Maps)